Sławomir Chmura szesnasty na 5 km

Holender Sven Kramer zdobył w sobotę tytuł mistrza olimpijskiego w łyżwiarstwie szybkim na dystansie 5000 metrów. Sławomir Chmura zajął 16. miejsce. 23-letniemu zawodnikowi z Heerenveen do jego kolekcji brakowało tylko zwycięstwa w igrzyskach.

Gdy Kramer był już pewny sukcesu z wielką łatwością przeskoczył barierkę oddzielającą tor od trybun i wpadł w ramiona swoich rodziców, którzy płakali ze szczęścia. Kibice z Holandii byli dominującą grupą w hali lodowej w Richmond. Pomarańczowy kolor był widoczny z peronu w wagonikach kolejki dojazdowej. Przybysze z Amsterdamu, Heerenveen, Groningen i innych miast tego kraju nie ukrywali, że przyjechali zobaczyć zwycięstwo swego znakomitego rodaka, który łyżwiarskie tory zdominował w ostatnich kilku latach. W Vancouver-Richmond potwierdził tylko swoją przewagę.

Startował w parze z Amerykaninem Shani Davisem. Czarnoskóry rywal szybko odpadł z rywalizacji. Po zakończeniu biegu, w którym wynikiem 6.14,60 ustanowił rekord igrzysk (poprzedni należał do jego rodaka Jochema Uytdehaage 6.14,66 i został pobity w Salt Lake City 9 lutego 2002 roku), czekał spokojnie na występy rywali. Gdy biegnący w ostatniej parze Norweg Havard Bokko wjechał na ostatnią prostą w obozie holenderskim wiedziano, że Kramerowi nic już nie odbierze sukcesu.

Radość zapanowała również w ekipie Korei Południowej. Kramer wyprzedził o 2,35 s Seung-Hoon Lee, który jako pierwszy reprezentant tego kraju stanął na podium olimpijskim na długich dystansach. Wcześniej startował on w shorta tracku. Powoli do światowej czołówki wracają Rosjanie. Brązowy medalista Iwan Skobriew stracił do Holendra 3,45 s.

Powody do satysfakcji może mieć również Sławomir Chmura. Polak z czasem 6.33,20 zajął szesnaste miejsce. Jest to czas o blisko dziesięć sekund gorszy od rekordu życiowego i zarazem kraju, ale jak powiedział trener Krzysztof Niedźwiedzki "tamten wynik był uzyskany w innych warunkach i na zupełnie innym torze." Zawodnik MKS MOS Pruszków/Milanówek biegł w parze z Rosjaninem Aleksandrem Rumiancewem. Po wyścigu rywal mówił, że cenił klasę Polaka i bardzo mu zależało na zwycięstwie w tym duecie. Zależało tak bardzo, że przy zmianie torów potrącił polskiego panczenistę. Obaj praktycznie przez cały czas szli "łeb w łeb." Według naszego zawodnika kosztowało to około pół sekundy co dałoby awans w klasyfikacji. Rumiancew został zdyskwalifikowany przez sędziów za ten incydent.

- W Pucharze Świata w tym sezonie jestem szesnasty, a w rankingu czasowym zajmowałem przed igrzyskami 24. miejsce. Mogę więc być zadowolony ze swojego występu. Celowałem tutaj w czternastkę i gdyby nie ten incydent, to moje plany zostałyby zrealizowane. Przez kilka dni trenowałem na tym torze i wydawało się, że lód jest szybki. Teraz okazuje się, że każdy jedzie poniżej życiówek. Nawet niektórzy są gorsi od swoich najlepszych wyników po około dziesięć sekund. W parze była walka, którą wygrałem, co też jest ważne. Rumiancew został zdyskwalifikowany. Schodziłem z dużego wirażu, miałem teoretycznie większą prędkość i do mnie należało pierwszeństwo na tej krzyżówce. On mnie nie puścił, trochę zblokował i na tej kolizji straciłem około pół sekund. Czuję się tutaj znakomicie. Atmosfera jest super, a na widowni siedzi komplet widzów co na zawodach w łyżwiarstwie szybkim rzadko zdarza się, chyba że odbywają się w Holandii. Myślę, że zrobiłem co mogłem i dałem z siebie wszystko. Jestem zadowolony - powiedział Sławomir Chmura.

Trener polskiego panczenisty Krzysztof Niedźwiedzki powiedział po biegu, że spodziewał się wyniku w granicach 6.30-35. Tak się też stało. - Dla mnie ważne jest czy zawodnik jest zadowolony. A tak jest. To znaczy, że wykonał wszystko co było do zrobienia w okresie przygotowawczym. Gorzej gdy schodzi z toru i jest rozczarowany - powiedział polski szkoleniowiec. Przed startem polscy panczeniści dowiedzieli się o srebrnym medalu Adama Małysza. - Liczyliśmy na niego i Adam zrobił całej ekipie wielki prezent - dodał Sławomir Chmura.

Krzysztof Niedźwiedzki był na piątkowej uroczystości otwarcia igrzysk. - Zobaczyliśmy inscenizację na miarę 21. wieku. Pokaz był niesamowity, a jednocześnie genialny w swojej prostocie. Wszystkie przekazy były czytelne oraz jasne. Na długo zapamiętam wiele aspektów. Wydawało się, że przy tak perfekcyjnej organizacji nic się nie przytrafi. A jednak stało się i to w momencie zapalanie znicza. O tym, że jest coś nie tak zorientowałem się od razu. Jedna osoba w czasie zapalania nie miała co robić - zakończył trener Niedźwiedzki.

W czasie uroczystości awarii uległa jedna z platform, po których ogień miał dotrzeć do znicza. Na koniec ceremonii otwarcia w BC Stadium z pochodniami palącymi się olimpijskim ogniem została czwórka ostatnich uczestników sztafety - najsłynniejszy hokeista w historii Wayne Gretzky, koszykarz Steve Nash, alpejka Nancy Green oraz łyżwiarka Catriona LeMay Doan. Każde z nich miało rozpalić wyłaniające się z podłoża platformy. Jednej zabrakło i znakomita przed laty panczenistka stała z wyciągniętą do góry pochodnią. Znicza ostatecznie nie zapaliła.