Na olimpijskim torze łyżwiarskim wszystko trwało niecałe czterdzieści sekund. Tyle wystarczy, by spełnić marzenia albo poczuć, jak wymykają się one o setne części sekundy. Kaja Ziomek-Nogal w Mediolanie zajęła szóste miejsce na 500 metrów – do brązu zabrakło jej zaledwie dwanaście setnych sekundy. A wszystko na oczach najbliższych, córki i męża oraz licznej rodziny.
Na trybunach w Mediolanie zasiadła ponad dwudziestoosobowa grupa najbliższych. Była rodzina Kai, była rodzina jej męża, był też on – Artur Nogal, były łyżwiarz szybki i olimpijczyk. No i Tosia, ich córka, dla której igrzyska to jeszcze bardziej kolorowe trybuny, flagi i emocje dorosłych niż sportowa analiza. Wspierali, ściskali kciuki, przeżywali każdy metr dystansu.
– To były ogromne emocje – przyznaje Artur. – Chyba nigdy wcześniej nie czułem aż takiego stresu. Chciałem tylko, żeby Kaja już wystartowała i dojechała do mety.
Dla niego to doświadczenie było inne niż wszystkie wcześniejsze starty. Gdy sam stawał na linii, miał wpływ na to, co wydarzy się za chwilę. Mógł przekuć stres w koncentrację, wejść w swoją rutynę i pokazywać formę, którą wypracował na treningach. Tym razem mógł jedynie patrzeć. A bezsilność na trybunach, jak sam przyznaje, jest znacznie trudniejsza niż wysiłek na torze.
Kaja tuż po biegu nie wróciła do wioski olimpijskiej i na razie jeszcze nie analizowała swojego startu. – Nie obejrzałam wyścigu – mówi szczerze. – Prosto z toru wyszłam z rodziną do miasta. Poszliśmy coś zjeść i po prostu pobyć razem. Może nie było wielkiego świętowania, bo niedosyt pozostał. Ale było coś, co pewnie jest ważniejsze od olimpijskiego medalu, czyli wspólnota z bliskimi. Przy jednym stole usiadła cała rodzina, później dołączyli inni łyżwiarze szybcy ze swoimi bliskimi. Rozmowy, wsparcie, zwykłe bycie obok siebie. W takich chwilach sport schodzi na drugi plan, a na pierwszy wysuwa się człowiek.
Dopiero nad ranem do Kai Ziomek-Nogal, wróciły sportowe obrazy z niedzielnego wieczoru. – Przebudziłam się i pierwsze, co pojawiło się w głowie, to końcówka pierwszego łuku i początek drugiej prostej – opowiada. – Zaczęłam się zastanawiać, czy mogłam zrobić coś lepiej.
Niewiele osób wie, jak długą drogę przeszła, by móc walczyć o medal i był tak blisko niego. Po urodzeniu córki niespełna trzy lata temu postanowiła wrócić do sportu, choć nie było to łatwe. Przez długi czas trenowała późnymi wieczorami, a w dzień, gdy Artur był w pracy, siedziała z Tosią w domu. W tej drodze nie była sama. Artur podkreśla, że wszystkie decyzje podejmowali wspólnie – od planów treningowych po organizację życia rodzinnego. – Dla każdego z nas, dla Kai, dla mnie i dla Tosi, był to trudny czas, ale było warto – mówi. Jako były zawodnik doskonale rozumie, ile kosztuje walka o igrzyska. Tym bardziej cieszy się, że mógł dołożyć swoją cegiełkę w przygotowaniach.
Szóste miejsce na igrzyskach to wynik, który w sporcie światowym wciąż oznacza ścisłą czołówkę. A kiedy do podium brakuje dwanaście setnych sekundy, różnica jest niemal niedostrzegalna dla oka. – Szkoda, że tym razem szczęście nie było po naszej stronie, ale jesteśmy z niej ogromnie dumni – podkreśla Artur.
Duma wybrzmiewa tu mocniej niż rozczarowanie brakiem medalu. Dla tej rodziny igrzyska to nie tylko start na sportowej imprezie, a wspólna podróż, miesiące podporządkowane jednemu celowi, zabawy z Tosią tylko między treningami czy zgrupowaniami. Taka była codzienność, w której sport splótł się z normalnym życiem.
– Dzięki rodzinie potrafię choć na chwilę oderwać głowę od łyżew – mówi Kaja. – Zasługuję na to, żeby teraz nie analizować wszystkiego w nieskończoność.
Kolejny dzień po starcie postanowiła wykorzystać wolne. W Mediolanie świeciło słońce, więc w planach było wreszcie spokojne wyjście do miasta i zobaczenie słynnej mediolańskiej katedry, której wcześniej nie udało się zobaczyć. Choć medal uciekł o ułamek sekundy, to w tej historii najważniejsze jest to, co stało się wcześniej. Kaja Ziomek-Nogal heroicznym wysiłkiem – nie tylko swoim – wróciła do sportu na najwyższym poziomie i zajęła swoje najwyższe miejsce na igrzyskach olimpijskich. Na razie nie deklaruje, czy będzie trenować i rywalizować do kolejnych igrzysk, ale fakt, że jej córka mogłaby przeżyć start mamy już bardziej świadomie, może być dla niej motywujący.
Żródło: Honest Media
