Czterech Polaków, w tym jeden debiutant, weźmie udział w rywalizacji panczenistów podczas zimowych igrzysk olimpijskich w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo. Liderem męskiej części reprezentacji Polski w łyżwiarstwie szybkim ma być Damian Żurek, który w znakomitym stylu rozpoczął nowy rok, a w miniony weekend w niemieckim Inzell po raz pierwszy w karierze zwyciężył w Pucharze Świata. W gronie kandydatów do medali są wymieniani również Marek Kania i Władimir Semirunnij, a ostatniego słowa nie powiedział jeszcze Piotr Michalski, który po raz trzeci wystąpi na igrzyskach.
Szukając szans w polskiej kadrze olimpijskiej na wysokie, a nawet medalowe lokaty, w pierwszej kolejności na myśl przychodzą łyżwiarze szybcy. W trwającym sezonie biało-czerwoni prowadzeni przez trenerów Rolanda Cieślaka i Artura Wasia znajdują się w świetnej dyspozycji, czego próbkę zademonstrowali choćby podczas styczniowych mistrzostw Europy w Tomaszowie Mazowieckim, w których sięgnęli aż po dziesięć medali. Większość z tych krążków zdobyli mężczyźni. Indywidualnymi mistrzami Europy po raz pierwszy w karierze zostali Damian Żurek (na 500 i 1000 m) oraz Władimir Semirunnij (na 5000 m), który ponadto zdobył srebro w biegu na 1500 m. I to właśnie oni, do spółki z Markiem Kanią i Piotrem Michalskim, którzy również mają w kolekcji medale ME 2026, będą stanowić męską część polskiej reprezentacji w łyżwiarstwie szybkim na zbliżające się igrzyska.
Na jedną z głównych nadziei polskich kibiców na sukces we Włoszech wyrósł Żurek. 26-letni sprinter tomaszowskiej Pilicy od początku sezonu błyszczy formą, zdobywając seryjnie medale na międzynarodowych torach. Lider naszej kadry ma za sobą jeden z najlepszych sportowych weekendów w życiu, albowiem w ubiegły piątek i niedzielę w niemieckim Inzell wygrał swoje pierwsze zawody PŚ. Na dystansie 500 m Żurek dwukrotnie zostawił w pokonanym polu największe nazwiska sprintu, m.in. Amerykanina Jordana Stolza. Jakby tego było mało, Polak dorzucił srebro w rywalizacji panów na 1000 m. Dzięki świetnym występom w Inzell Żurek zajął drugie miejsca w klasyfikacji generalnej PŚ na obu sprinterskich dystansach. Sukcesy te sprawiają, że jego nazwisko jest wymieniane w gronie najpoważniejszych kandydatów do olimpijskich krążków. Sam zainteresowany jeszcze przed wylotem do Inzell przekonywał, że z chłodną głową przygotowuje się do najważniejszego startu czterolecia, nie myśląc o medalach, a licząc na to, iż to właśnie w Mediolanie zaprezentuje najlepszą wersję siebie w tym sezonie.
– Ze spokojem rok po roku pracowaliśmy i zyskiwaliśmy miejsca w czołówce. Wiem, że jeśli nasze biegi przejedziemy dobrze pod względem technicznym i taktycznym, to jesteśmy w stanie walczyć o medale, ale sami w kadrze nie poruszamy tematu, nie dmuchamy niepotrzebnie tej bańki – podkreśla Żurek, brązowy medalista MŚ 2024 z Calgary, który jako pierwszy Polak stanął indywidualnie na podium tej imprezy.
Nieco w cieniu, ale z całą pewnością z szansami na wysokie pozycje na igrzyskach są koledzy Żurka z kadry sprinterskiej. Olimpijskiej rywalizacji ponownie zasmakują Marek Kania i Piotr Michalski. Kania w mocnym stylu rozpoczął ściganie w tym sezonie, bo jeszcze przed startem PŚ, w trakcie zawodów kontrolnych w Salt Lake City ustanowił nowy rekord Polski (34.01). Rezultat ten zdołał już pobić Żurek (33.85), ale bez wątpienia Kania ma wszelkie predyspozycje, by w kontekście igrzysk myśleć o czymś więcej niż o miejscu w górnej połowie stawki. Kania – nowy wicemistrz Europy na 500 m – był drugim polskim sprinterem, który w zeszły weekend w Inzell stanął na podium PŚ, zdobywając brąz na swoim koronnym dystansie.
– Mentalnie i fizycznie będę gotowy, żeby walczyć o najwyższe miejsca, nawet te topowe. Dwa lata czy rok temu pokazywałem i sam sobie udowadniałem, że stać mnie na to. Czas 34,01 sekundy z Salt Lake City do dziś jest jednym z najlepszych w tym sezonie na świecie – przypomina Kania, który po rozmowach z trenerami i zawodnikami z kadry juniorskiej ma już wstępne informacje o torze olimpijskim w Mediolanie. Sponsorem głównym Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego jest PGE Polska Grupa Energetyczna S.A. – Dodatkowo na tydzień przed naszym startem na igrzyskach będzie możliwość wzięcia udziału w zawodach kontrolnych i przejścia próby. Ten tor będzie zagadką dla wszystkich. Nie mam problemu z odnajdywaniem się na nowych torach, więc wiem, że będzie dobrze – dopowiada panczenista warszawskiej Legii, który podczas igrzysk będzie mógł liczyć na doping brata i siostry.
Z kolei dla Michalskiego olimpijskie zmagania we Włoszech będą trzecimi w karierze. Kibice do dziś wspominają jego fantastyczne przejazdy na igrzyskach w Pekinie przed czterema laty. Michalski w kapitalnym stylu przejechał biegi na 500 i 1000 m, ale w obu przypadkach drobne błędy techniczne i utracone setne sekundy zaważyły na tym, że musiał obejść się smakiem olimpijskiego medalu. Na dłuższym dystansie był czwarty, a na krótszym piąty. W ostatnich sezonach Michalski – w przeszłości indywidualny mistrz Europy na 500 m, a aktualnie złoty medalista ME w drużynie sprinterów – rozkręcał się ze startu na start i niewykluczone, że szczyt formy nadejdzie właśnie na rywalizację w stolicy Lombardii.
– Moim celem na ten sezon była kwalifikacja olimpijska z punktów na dwóch dystansach, żeby później nie czekać na innych zawodników. To się udało, chociaż w tym roku było to wyjątkowo ciężkie zadanie. Chyba wiek podpowiadał mi, że nie wszystko mogę ogarnąć. Były drobne kontuzje, pojawiały się momenty zwątpienia, ale uznałem, że się nie poddam i będę walczył do samego końca. I rzeczywiście do końca w Hamar trzeba było czekać na te kwalifikacje. To dla mnie wzruszające momenty, bo to naprawdę wymagało dużego zaangażowania. Sam bym tego nie zrobił, drużyna ciągnęła mnie do przodu, trener miał na mnie plan i zaufałem im w stu procentach. Te igrzyska są również dla nich – opowiada Michalski.
Klimat igrzysk i smak olimpijskiej rywalizacji dopiero pozna Władimir Semirunnij. 22-latek, który w sierpniu ubiegłego roku odebrał polskie obywatelstwo, błyskawicznie zaaklimatyzował się w naszej reprezentacji i niemal od pierwszych startów w biało-czerwonych barwach udowadnia, że jest jednym z najbardziej uzdolnionych panczenistów młodego pokolenia na świecie. Blisko rok temu w norweskim Hamar, debiutując w mistrzostwach świata, Semirunnij wywalczył srebro na 10 000 m i brąz na 5000 m. Długie dystanse to znak rozpoznawczy Władka, który bardzo szybko zaskarbił sobie sympatię polskich kibiców. Można jedynie żałować, że Semirunnij wywalczył „tylko” dwie kwalifikacje olimpijskie na zbliżające się igrzyska – na 1500 i 10 000 m, bowiem na 5000 m także byłby stawiany w roli jednego z kandydatów do podium. Niewykluczone, że koniec końców wystąpi w tej konkurencji, gdyż obecnie pełni rolę pierwszego rezerwowego. Na „dyszce” stać go jednak na wielkie rzeczy. Najlepszym dowodem na to niech będzie jego wynik z grudniowego PŚ w Heerenveen, gdzie poza nową „życiówką” i rekordem kraju ustanowił też rekord toru (12:28.05). Czas ten pozostaje trzecim w historii łyżwiarstwa szybkiego na dystansie 10 km!
